Margaret Heffernan: The dangers of “willful blindness”

Potem powiedziałem: – Przedstaw sobie obrazowo, jako następujący stanrzeczy, naszą naturę ze względu na kulturę umysłową i jej brak.

Zobacz! Oto ludzie są niby w podziemnym pomieszczeniu na kształt ja­skini. Do groty prowadzi od góry wejście zwrócone ku światłu, szerokie na całą szerokość jaskini. W niej oni siedzą od dziecięcych lat w kajdanach; przykute mają nogi i szyje tak, że trwają na miejscu i patrzą tylko przed B siebie; okowy nie pozwalają im obracać głów. Z góry i z daleka pada na nich światło ognia, który się pali za ich plecami, a pomiędzy ogniem i ludź­mi przykutymi biegnie górą ścieżka, wzdłuż której widzisz murek zbudowa­ny równolegle do niej, podobnie jak u kuglarzy przed publicznością stoi przepierzenie, nad którym oni pokazują swoje sztuczki.

–  Widzę – powiada.

– Więc zobacz, jak wzdłuż tego murku ludzie noszą różnorodne wytwory,
które sterczą ponad murek; i posągi, i inne zwierzęta z kamienia i z drzewa,
i wykonane rozmaicie i oczywiście jedni z tych, co je noszą, wydają głosy,
a drudzy milczą 1.

–    Dziwny obraz opisujesz i  kajdaniarzy osobliwych.

–    Podobnych do nas – powiedziałem. – Bo przede wszystkim czy myślisz, że tacy ludzie mogliby z siebie samych i z siebie nawzajem widzieć cokol­wiek innego oprócz cieni, które ogień rzuca na przeciwległą ścianę jaskini?

–   Jakimże sposobem? – powiada – gdyby całe życie nie mógł żaden głową poruszyć?

–   A jeżeli idzie o te rzeczy obnoszone wzdłuż muru?   Czy nie to samo?

–   No, cóż.

–   Więc gdyby mogli rozmawiać jeden z drugim, to jak sądzisz, czy nie by­liby przekonani, że nazwami określają to, co mają przed sobą, to, co widzą?

–   Koniecznie.

–   No, cóż? A gdyby w tym więzieniu jeszcze i echo szło od im przeciw­ległej ściany, to, ile razy by się odzywał ktoś z przechodzących, wtedy, jak myślisz? Czy oni by sądzili, że to się odzywa ktoś inny, a nie ten cień, któ­ry się przesuwa?

Na Zeusa, nie myślę inaczej – powiada.
C         – Więc w ogóle – dodałem – ci ludzie tam nie co innego braliby za praw­
dę, jak tylko cienie pewnych wytworów.

–  Bezwarunkowo i nieuchronnie – powiada.

–         A rozpatrz sobie – dodałem – ich wyzwolenie z kajdan i uleczenie z nie­
świadomości. Jak by to było, gdyby im naturalny bieg rzeczy coś takiego przy­
niósł; ile razy by ktoś został wyzwolony i musiałby zaraz wstać i obrócić szyję,
i iść, i patrzeć w światło, cierpiałby robiąc to wszystko, a tak by mu w oczach
migotało, że nie mógłby patrzeć na te rzeczy, których cienie poprzednio oglą­
D    dał.   Jak myślisz, co on by powiedział, gdyby mu ktoś mówił, że ptzedtem

oglądał ni to, ni owo, a teraz coś bliższego bytu, że zwrócił się do czegoś, co bardziej istnieje niż tamto, więc teraz widzi słuszniej; i gdyby mu ktoś teraz po­kazywał każdego z przechodzących i pytaniami go zmuszał, niech powie, co to jest. Czy nie myślisz, że ten by może był w kłopocie i myślałby, że to, co przedtem widział, prawdziwsze jest od tego, co mu teraz pokazują?

–  Z pewnością – powiada.
E          – Nieprawdaż?   A gdyby go ktoś zmuszał, żeby patrzał w samo światło, to

bolałyby go oczy, odwracałby się i uciekał od tych rzeczy, na które potrafi patrzeć i byłby przekonany, że one są rzeczywiście jaśniejsze od tego, co mu  teraz pokazują?

–         Tak jest – powiada.
II         – A gdyby go ktoś – dodałem – gwałtem stamtąd pod górę wyciągał po ka­
mieniach i stromiznach ku wyjściu i  nie puściłby go prędzej, ażby go wy­
wlókł na światło słońca, to czy on by nie cietpiał i nie skarżyłby się i nie

516 gniewał, że go wloką, a gdyby na światło wyszedł, to miałby oczy pełne bla­sku i nie mógłby widzieć ani jednej z tych rzeczy, o których by mu teraz mówiono, że są prawdziwe?

–    No nie – powiada – tak nagle przecież.

–    I myślę, że musiałby się przyzwyczajać, gdyby miał widzieć to, co na

górze. Naprzód by mu najłatwiej było dojrzeć cienie, potem w wodach
odbicia łudzi i innych przedmiotów, ciała niebieskie i niebo samo po nocy
łatwiej by mógł oglądać patrząc na światło gwiazd i księżyca, niż po dniu
widzieć słońce i światło słoneczne                                                        2.                                           B

–   Jakżeby  nie?

–   Dopiero na końcu, myślę, mógłby patrzeć w słońce; nie na jego odbicie w wodach i nie mieć go tam, gdzie ono nie jest u siebie, ale słońce samo w sobie i na swoim miejscu mógłby dojrzeć i mógłby oglądać, jakie ono jest.

–   Koniecznie – powiada.

–   Potem by sobie wymiarkował o nim, że od niego pochodzą pory roku i lata, i że ono rządzi wszystkim w świecie widzialnym, i że jest w pewnym     G sposobie przyczyną także i tego wszystkiego, co oni tam poprzednio widzieli.

–   Jasna rzecz, że do tego by potem doszedł.

–   Więc cóż? Gdyby sobie swoje pierwsze mieszkanie przypomniał i tę mądrość tamtejszą, i tych, z którymi razem wtedy siedział, wspólnymi kaj­danami skuty, to czy nie myślisz, że uważałby sobie za szczęście tę odmia­nę, którą przeszedł, a litowałby się nad tamtymi?

–   I bardzo.

–   A tam u nich przedtem może niejeden zbierał od towarzyszów pochwa­ły i zaszczyty, i dary, jeżeli najbystrzej umiał dojrzeć to, co mijało przed D oczami, i najlepiej pamiętał, co przedtem, co potem, a równocześnie zwykło się było zjawiać i mijać, i najlepiej umiał na tej podstawie zgadywać, co bę­dzie. Czy ty myślisz, że on by za tym tęsknił i zazdrościłby tym, których tamci obsypują zaszczytami i władzę im oddają? Czy też raczej czułby się tak, jak ten u Homera, i stanowczo by wolał „być na ziemi i służyć gdzieś u jakiegoś biedaka” i nie wiadomo jaką dolę znosić raczej, niż wrócić do E poprzednich poglądów i do życia takiego jak tam?

–   Ja tak myślę – powiada – że wolałby raczej wszystko inne znieść, niż wrócić do tamtego życia.

–   A jeszcze i nad tym się zastanów. Gdyby taki człowiek z powrotem na dół zszedł i w tym samym szeregu usiadł, to czy nie miałby oczu napełnio­nych ciemnością, gdyby nagle wrócił ze słońca?

–   I bardzo – powiada.

–   A gdyby teraz znowu musiał wykładać tamte cienie na wyścigi z tymi, którzy bez przerwy siedzą w kajdanach, a tu jego oczy byłyby słabe zanimby  nie wróciły do siebie, bo przystosowanie ich wymaga nie bardzo małego cza­su, to czy nie narażałby się na śmiech i czy nie mówiono by o nim, że chodzina górę, a potem wraca z zepsutymi oczami, i że nie warto nawet chodzić tampod górę. I gdyby ich ktoś próbował wyzwalać i podprowadzać wyżej, togdyby tylko mogli chwycić coś w garść i zabić go, na pewno by go zabili.

–  Z pewnością – powiada.

– Otóż ten obraz – powiedziałem – kochany Glaukonie, trzeba w całości przyłożyć do tego, co się poprzednio mówiło 3. Więc to siedlisko, które się naszym oczom ukazuje, przyrównać do mieszkania w więzieniu, a światło ognia w nim do siły słońca. Wychodzenie pod górę i oglądanie tego, co jest tam wyżej, jeśli weźmiesz za wznoszenie się duszy do świata myśli, to nie zbłądzisz i trafisz w moją nadzieję, skoro pragniesz ją usłyszeć. Bóg tylko chyba wie, czy ona prawdziwa, czy nie. Więc jeżeli o to chodzi, co mnie się zdaje,  to zdaje mi się tak, że na szczycie świata myśli świeci idea Dobra i bardzo trudno ją dojrzeć, ale kto ją dojrzy, ten wymiarkuje, że ona jest dla wszystkiego przyczyną wszystkiego, co słuszne i piękne, że w świecie wi­dzialnym pochodzi od niej światło i jego pan, a w świecie myśli ona panuje i rodzi prawdę i rozum, i że musi ją dojrzeć ten, który ma postępować rozu­mnie w życiu prywatnym lub w publicznym.

–  Mniemam i ja tak samo – powiedział – tak, jak tylko potrafię.

–  Więc proszę cię – dodałem – podziel ze mną jeszcze i to mniemanie
i nie dziw się, że ci, którzy tam zaszli, nie mają ochoty robić tego samego,

D co ludzie, tylko ich dusze chcą wciąż tam przebywać i tam dążą. To chyba też naturalne, jeżeli i to jest zgodne z omówionym obrazem.

–   To z pewnością naturalne – powiada.

–   No cóż? A czy to, myślisz, dziwne, jeżeli ktoś od tych boskich wido­ków do marności ludzkich powróci, że nie wygląda wtedy jak ludzie i moc­no wydaje się śmieszny, bo jeszcze słabo widzi, zanim się nie przyzwyczai do tutejszych  ciemności,  kiedy będzie musiał w sądach czy gdzieś indziej

E walczyć o cienie sprawiedliwości albo o bałwany, które tylko cienie rzucają, i stawać do zawodów o te rzeczy tak, jak je biorą ludzie, którzy Sprawiedli­wości samej nie widzieli  nigdy?

–  To nie jest zgoła dziwne – powiedział.

518   – Gdyby ktoś miał rozum – dodałem – to by pamiętał, że dwojakie bywają
zaburzenia w oczach. Jedne u tych, którzy się ze światła do ciemności
przenoszą, drugie u tych, co z ciemności w światło. Więc gdyby wiedział,
że to samo dzieje się i z duszą, to kiedykolwiek by widział, że się któraś miesza i nie może niczego dojrzeć, nie śmiałby się głupio, tylko by się za­stanowił, czy ona wraca z życia w większej jasności i teraz ulega zaćmie, bo nie jest przyzwyczajona, czy też z większej ciemnoty weszła w większą ja- B sność i zbytni blask ją olśnieniem napełnia; wtedy by jej stan i jej życie uważał za szczęście a litowałby się nad tamtą. A gdyby się miał i z niej śmiać, to mniej śmieszny byłby jego śmiech nad nią niż pod adresem tam­tej, która z góry, ze światła przychodzi.

–   Mówisz w sam raz – powiada.

PLATON – “Państwo”

Margaret Heffernan: The dangers of “willful blindness”

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s